Mobilni, dokładni i elastyczni. Pracownicy firmy Rolets Service, jak deklarują, potrafią poradzić sobie z każdym problemem. O tym, jak się zaczyna i jak przetrwać na konkurencyjnym rynku osłonowców, rozmawiamy z właścicielem firmy, Panem Mirosławem Krakowiakiem.
Jak się zaczyna w branży osłon?
Na początku było ciężko. Robiliśmy kilometry na nogach, aby poznać co i gdzie można w okolicy sprzedać. Z drugiej strony artykuły osłonowe i zabezpieczeniowe dopiero wchodziły na rynek. Zaczynaliśmy od prostych zamków w drzwiach i innych drobiazgów okienno-drzwiowych, które sprzedawaliśmy jako akwizytorzy. Po założeniu firmy okazało się, że jest zapotrzebowanie na zabezpieczania obiektów typu kraty i rolo-kasety. Jako że wcześniej od podstaw poznaliśmy techniki montażu, zaryzykowaliśmy i zaczęliśmy składać je sami. Wynikało to nie tyle z chęci większego zarobku, ile z tego, że składając, daliśmy się poznać klientom i wiedzieli, że mogą na nas liczyć w kwestii np. napraw. Tym bardziej, że po włamaniach byliśmy praktycznie na zawołanie z częściami zamiennymi.
Czy nastawiali się Państwo na sukces?
Nie, aczkolwiek każdy na początku myśli, że zawładnie rynkiem i zostanie monopolistą. Nastawialiśmy się na prace samodzielne, co skutkowało tym, że po dobrym wykonaniu prac każdy chciał rozmawiać tylko ze mną i wręcz pytał, czy to ja będę montował. W niedługim czasie klientów mieliśmy tylko z polecenia. Ceny były wtedy dość wysokie, ale mimo to nie mieliśmy problemów z pozyskiwaniem zamówień.
Co według Pana dziś wyróżnia Rolets Service?
Nastawiliśmy się na małe konfekcjonowanie rolet, głównie zewnętrznych. Mobilność spowodowała rozciągnięcie naszej działalności do kilkuset kilometrów. Po drodze firmy z branży zaczęły się zgłaszać po towar w hurcie i prosić o szkolenia w zakresie montażu. Myślę, że to właśnie nas wyróżnia: mobilność i wszechstronność, oraz praktyczna, własna wiedza z zakresu każdego elementu osłony okiennej. Umiemy wybrnąć z praktycznie każdej sytuacji, czego brakuje typowym detalistom, którzy skupiają się na handlu wszystkim do domu. My postawiliśmy na konkretny wybór.
Z jakich dostawców korzystają Państwo przy produkcji swoich wyrobów?
Dostawcy? Nie, skupiamy się tylko na kilku, ponieważ wiele firm produkuje artykuły niekompatybilne z niektórymi osłonami. Dla nas mieszanie elementów stało się normą, bo nie chcieliśmy też być uzależnieni od niektórych dostawców. Staramy się robić coś oryginalnego, tak aby klient do nas wrócił. Paleta barw i rozwiązań jest bogata, a doradzanie tych nietypowych wyszło nam tylko na dobre, bo klient, który chciał się pokazać, nie miał tego samego, co na oknie u sąsiada.
Jaką są Państwo firmą?
Niedużą, typowo rodzinną. Nie mamy żadnych kredytów wzmacniających rozwój firmy, bo nie chcieliśmy się przeliczyć.
Do kogo w takim razie kierują Państwo swoją ofertę?
Przede wszystkim do klienta indywidualnego, mogącego uzyskać od nas lepsza cenę, oraz do każdego, kto ceni współpracę na zasadzie firma-klient.
Czy w takim razie można pokusić się o stwierdzenie, że Państwa produkty są wyjątkowe?
Wyjątkowe? Nie umiem tego określić. Na pewno ważne jest to, że są skrojone na miarę, według oczekiwań klienta, a nie z prospektu.
Jak podsumowałby Pan miniony rok w branży?
Miniony rok mieliśmy wcale nie gorszy od trzech wcześniejszych. Nie można powiedzieć, że kryzys spowodował brak zainteresowania, jednak tendencje idą w stronę obniżania ceny czy też obniżania parametrów za mniejszą cenę.
A jakie macie plany na nadchodzący rok?
Przede wszystkim nie mamy zamiaru rezygnować, gdy na rynku wciąż jest zainteresowanie. Już powiększyliśmy ofertę o osłony drobne, typowo designerskie elementy, które powodują, że wybór jest większy, a to klient właśnie lubi najbardziej, bo kupić i tak musi. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: bo okna bez rolet to jak oczy bez powiek.
Dziękuję za rozmowę



