Stało się już tradycją w firmie Brügmann, że co roku, w miesiącach maj – czerwiec organizowane są atrakcyjne, zagraniczne wyjazdy dla partnerów handlowych. Wystarczy wspomnieć: słoneczną Kretę w roku 2007, wyścig Formuły 1 i oglądane na żywo zmagania kierowców rajdowych w roku 2008, czy ubiegłoroczną podróż do Chin szlakiem starożytnej chińskiej tradycji (Pekin – Wielki Mur, Xian – terakotowa armia, klasztor Shao-Lin). W tym roku, zafascynowana kulturą i architekturą Kraju Czerwonego Smoka, "grupa Brügmann" ponownie wybrała się do Chin. Wybierzmy się wraz z nimi w podróż po tym fascynującym kraju.
Wyprawa do Kraju Czerwonego SmokaSubiektywna relacja z podróży do Chin
Tym razem w planie wyprawy przodowały: nowoczesność, tradycja i przyroda, oglądane z perspektywy Szanghaju na północno wschodnich wybrzeżach Chin, centralnych Chin – Guilin oraz leżącego na południu Hong-Kongu. Grupę stanowili: najwięksi producenci okien w systemach Brugmann i Salamander w Polsce, kierownictwo firmy Brugmann oraz przedstawiciele Zarządu Grupy Salamander Industrie Producte GmbH z Niemiec. W sumie ok. 60 osób.
Po blisko 10-godzinnym locie z Amsterdamu, wylądowaliśmy w Szanghaju. Z lotniska do centrum pojechaliśmy szybką koleją magnetyczną Maglev z maksymalną prędkością 431 km/h. Przejazd ok. 30 km trwał niespełna 10 minut. Wrażenie niesamowite, prędkości prawie takie jak w samolocie, choć bez wstrząsów i przeciążeń.
Szanghaj powitał nas piękną, słoneczną pogodą. Zwiedzaliśmy piękne stare miasto oraz ogrody Yu Garden, gdzie łączy się chińska tradycja z tysiącletnią historią. Dodatkową atrakcją było podziwianie panoramy Szanghaju z 88 piętra Jin Mao Tower, gdzie mieści się słynny Hyatt Hotel, czyli jednego z najwyższych budynków tego miasta (421 m). Na zakończenie dnia, wieczorem, odbyliśmy spacer reprezentacyjnym nadbrzeżem The Bund Street z widokiem na rzekę i rozświetloną neonami dzielnicę PuDong.
Następny dzień to przelot samolotem z Szanghaju do centralnych Chin, do Guilin. Ta malownicza miejscowość położona jest w niespotykanie malowniczych i oryginalnych górach. Niestety pogoda się popsuła i padał drobny, choć w tym klimacie (klimat podzwrotnikowy) ciepły deszcz. Główną atrakcją dnia był spływ przepiękną rzeką Lijiang, wijącą się pośród zielonych wzgórz o niespotykanych kształtach. Widoki były niezapomniane, pomimo zamglenia i obłoków, w których tonęły szczyty niektórych gór. To miejsce nie na darmo należy do najładniejszych w całych Chinach. Po 6 godzinach dopłynęliśmy do miejscowości Yanhshou, skąd przejechaliśmy autokarami do Jaskini Trzcinowego Fletu. Tam, pod ziemią można było podziwiać bajecznie podświetlone w różnych kolorach świateł formy skalne w postaci stalaktytów i stalagmitów, a także liczne komory i jeziora. Ta jaskinia należy niewątpliwie do jednej z najpiękniejszych na świecie.
Kolejnym punktem programu był wyjazd w góry. Tam, przesiadając się do coraz mniejszych środków lokomocji, serpentynami górskimi dotarliśmy w najwyższe partie. Potem mieliśmy tylko pół godziny pieszej wędrówki do górskich schronisk, w czym skutecznie pomagała nam okoliczna ludność, a dokładnie: góralki pełniące rolę tragarzy ciężkich plecaków i walizek. Widać było, że pomimo zaawansowanego wieku są do tego wyjątkowo dobrze przystosowane. Ich kondycji mógł pozazdrościć każdy, nawet wysportowany nastolatek. Stojąc na szczytach gór mogliśmy doskonale podziwiać miejscową przyrodę, a przede wszystkim malownicze pola tarasowe, rozsławiające tamtejszą okolicę. Dodatkowo świeże górskie powietrze sprawiło, że prawie nikt z nas nie czuł zmęczenia, dzięki czemu mieliśmy siły do zabawy w jedynej na tej wysokości knajpie.
Po powrocie z gór, ponownie dotarliśmy do miejscowości Guilin. Tam czekała nas wspinaczka po kilkuset stopniach kamiennych schodów prowadzących na szczyt Bravo Hill, skąd można było oglądać piękną panoramę miasta. Stamtąd pociągiem wyruszyliśmy ku kolejnej przygodzie. Po długiej, ok. 14 godz. nocnej podróży, choć trochę zmęczeni, jednak wyspani i zintegrowani (bo nic tak dobrze nie integruje, jak długie, podróże pociągami, szczególnie w Chinach), dotarliśmy do celu: miejscowości Shenzhen na południu Chin. Stąd promem popłynęliśmy do Hong-Kongu. I choć pogoda nadal nie należała do najlepszych (było ciepło i popadywał deszcz), Hong-Kong wszystkich oczarował swym oryginalnym światem i resztkami obyczajów i kultury brytyjskiej (prawostronna organizacja ruchu ulicznego, używany swobodnie język angielski itp.) przemieszanej z tradycją chińską (zwyczaje, kuchnia no i oczywiście sami Chińczycy). Na początek podziwialiśmy panoramę miasta z licznymi drapaczami chmur ze szczytu wzgórza Victoria Peak. Wieczorem zaś uczestniczyliśmy w uroczystym bankiecie na pokładzie statku wycieczkowego pływającego po porcie. Na dolnym pokładzie raczono nas muzyką na żywo i wspaniałym jedzeniem, a na górnym – pięknymi, nocnymi widokami rozświetlonego neonami i światłami Hong-Kongu. W samym mieście mieliśmy okazję zwiedzić jedną z 300 świątyń buddyjskich: Vong Tai Sin, subsydiowaną przez siostrę Bruce’a Lee, piękne miejskie plaże, gdzie atrakcją było przynajmniej zanurzenie nóg w morzu Południowo-Chińskim, oceanarium połączonym z ZOO i wesołym miasteczkiem, w którym można było podziwiać miedzy innymi Pandy Olbrzymie.
Jak się wkrótce okazało, Hong-Kong to nie tylko zgiełk, ruch i drapacze chmur. To także malownicza i cicha wyspa Lantau, gdzie oprócz kilkunastu wysokich hoteli i wielkich budynków, wszędzie panuje cisza, spokój, a po ulicach, drogach i polach chodzą… dzikie krowy! To tu mieszkańcy Hong-Kongu przyjeżdżają, aby odpocząć, a częstym widokiem są ludzie uprawiający jogging. Na Lantau popłynęliśmy statkiem, a potem autokarem pojechaliśmy do świątyni wielkiego, siedzącego Buddy odlanego z brązu, którego postać została ustawiona na szczycie jednego ze wzgórz. Drogę powrotną w dół z gór pokonaliśmy na wybrzeże wyspy kolejką linową. Podróż nad przepaściami i zatoką trwała całe pół godziny, a w jej trakcie mogliśmy podziwiać panoramę wyspy i najbliższych okolic, a także wielkie, nowe lotnisko w Hong-Kongu zbudowane na sztucznie usypanej wyspie.
W Hong-Kongu spędziliśmy kilka dni. Trudno opisać ogrom wrażeń. Widzieliśmy i podmorskie tunele i najdłuższy na świecie dwujezdniowy most wiszący, wspaniałe metro, a także obrotową kopułę restauracji na 62 piętrze, w której mieliśmy okazję zjeść wspaniały lunch. Nie zabrakło oczywiście również miejsca na czas wolny i zakupy w licznych galeriach handlowych lub na słynnym bazarze ulicznym Lady’s Market.
Zmęczeni, ale zadowoleni i pełni wrażeń, po 12 godzinnym locie z Hong-Kongu wylądowaliśmy ponownie w Amsterdamie, skąd do Polski mieliśmy już niedaleko.
Z pozdrowieniamiBrügmann /// Salamander
Z pewnością nie jedna osoba może pozazdrościć takiej wyprawy. Osobiście jestem w gronie właśnie tych osób i mam nadzieję, że kiedyś będę tam nie tylko oczami wyobraźni. Tym czasem popatrzmy na zdjęcia, które dodatkowo zafundowali nam podróżnicy z Brügmann.
red. Marcin Wilk oknonet.pl



