Od 3 lat Grupa Solo – we współpracy z firmami Wiśniowski, Porta, Salamander, Glassolution oraz Aliplast – organizuje konkurs dla najlepszych partnerów handlowych oraz handlowców. Półroczna rywalizacja wyłania zwycięzców, którzy w nagrodę otrzymują możliwość wzięcia udziału w regatach.
Przeprowadzenie imprezy w 2020 roku okazało się jednak ani łatwe, ani bezpieczne, a rejs stał pod znakiem zapytania do samego końca. Powolne znoszenie obostrzeń, jakie Rząd RP wprowadził z powodu pandemii, sprawiało, że trudno było podejmować jakiekolwiek decyzje związane z organizacją imprezy. Suma summarum udało się.
Andrzej Woszczyna, Product Menadżer Grupy SOLO: Mamy połowę czerwca, a my jesteśmy już po wydarzeniu. Pozwólcie, że w paru zdaniach przedstawię relacje z rejsu.
Pierwszy dzień, czyli przyjazd do Gdańska do mariny w Górkach Zachodnich, gdzie odbieraliśmy 5 jachtów, przebiegał bez zaskoczeń. Rozpogodziło się i wszyscy nabrali apetytu na żeglowanie. Skiperzy przygotowali swoje załogi do rejsu, a my, opiekunowie z Grupy Solo, zadbaliśmy o prowiant i wyposażenie jachtów. Podróż przez Zatokę Gdańską z początku przypominała żeglowanie po mazurskich jeziorach – z uwagi na lekki wiatr, który co prawda umożliwiał rozwinięcie wszystkich żagli, ale nie był na tyle silny, aby rozwinąć pełną prędkość. Po wypłynięciu na środek zatoki, sytuacja mocno się zmieniła. Południowo-wschodni wiatr, idealny do kierunku podróży, wyciskał z żagli i z nas ostanie poty.
Sielanka, jaka panowała z początku na jachtach, zamieniła się w ciężką harówkę. Każdy z uczestników wyprawy otrzymał rolę i był odpowiedzialny za określone czynności, co z początku powodowało jeszcze większe zamieszanie. Z czasem jednak załogi coraz sprawniej wykonywały polecenia kapitanów, a wybieranie lin, zwroty na rufę czy manewrowanie na zatłoczonym akwenie stawały się coraz łatwiejsze i precyzyjniejsze. Żeglowanie po rozkołysanej zatoce musiało zebrać swoje żniwo – część z podróżujących, zwłaszcza debiutantów morskich wycieczek, opłaciło przeprawę mdłościami, a nawet chorobą morską z wszystkimi jej konsekwencjami. Cel, jakim była Gdańska marina, ostatecznie został osiągnięty. Po pierwszym dniu rejsu wszyscy chętnie wyruszyli na miasto, gdzie w ciepłą, gwieździstą noc jedzono, pito i dzielono się wrażeniami do późnych godzin.
Nazajutrz pogoda się zmieniła – od rana padało, więc i nastroje po nieprzespanej nocy były z początku niewesołe... ale tylko z początku, gdyż po porannym prysznicu, sutym śniadaniu i… małym co nieco wszytkom powrócił humor. Załogi miały wypłynąć z portu przed godziną 11 w kierunku Helu, co przy sprzyjającej pogodzie oznaczało 4-godziny rejsu. Płynąc Motławą w kierunku morza, powoli mijaliśmy otaczające nas z obu brzegów zakłady stoczniowe, pełne różnej wielkości jednostek pływających. Ogromne żurawie i dźwigi trzeszczące od zawieszonych kontenerów i wszelkiego rodzaju ładunków obsługiwali krzątający się dookoła robotnicy. Gdańsk żyje i ma się dobrze. Miasto zrobiło spore wrażenie nawet na tych, którzy znali je wcześniej z licznych odwiedzin, jednak nigdy nie mieli możliwości obejrzenia go od strony rzeki która, przecina je dokładnie w poprzek.
Po wypłynięciu na zatokę kapitanowie postanowili płynąć z wykorzystaniem silników. Wiatr był bardzo silny, a zacinający deszcz praktycznie uniemożliwiał przebywanie na zewnątrz jachtów. Po 4,5 godzinie żeglugi dotarliśmy w końcu na Hel, gdzie udaliśmy się na kolację oraz na spotkanie integracyjne w miejscowym pubie. Burza nie odpuszczała – po jednym z piorunów wysiadł prąd w całym Helu, co przyczyniło się do jeszcze większej integracji grupy. Zmęczeni, ale szczęśliwi, przy blasku świec i akompaniamencie gitar i akordeonu, śpiewaliśmy i śmialiśmy się niemal do brzasku.
Nazajutrz obudził nasz sztorm. Zaplanowana na południe podróż z powrotem w kierunku Sopotu okazała się niemożliwa – ryzyko przeprawy okazało się na tyle duże, że kapitanowie uznali, że najbezpieczniej będzie odczekać aż wiatr ucichnie i wypłynąć później. Tak też się stało – po godzinie 16 wiatr ucichł i podróż powrotna mogła zostać zrealizowana. Morze pozostało jednak na tyle niespokojne, że prognozowało to duże emocje w trakcie rejsu. Dodatkowo napęd w jednym z jachtów popsuł się i możliwe było podróżowanie wyłącznie na żaglach, co jeszcze bardziej opóźniło przeprawę do Sopotu, gdzie czekający na nas późny lunch w kultowym barze Przystań zamienił się w późną kolacje. Ryba, jaką serwuje ten lokal, zasługuje na najwyższą ocenę, czego niestety nie można powiedzieć o sanitariatach w Sopocie. Cała marina dysponuje zaledwie jedną męską i jedną damską toaletą, co powoduje niewyobrażalne wręcz trudności i frustracje żeglarzy stacjonujących w porcie.
Opóźnienie spowodowane pogodą oraz awarią uniemożliwiły odwiedzenie Gdyni, która również znajdowała się w planie rejsu po zatoce. Poranek przy molo w Sopocie okazał się słoneczny i zapowiadał przyjemną podróż w kierunku Górek Zachodnich. Załogi wyruszyły bardzo wcześnie, chcąc zdążyć do celu jeszcze przed południem. Ostatecznie wszyscy uczestnicy cali i zdrowi dotarli na miejsce, skąd wyruszali kilka dni wcześniej. Każdy przywiózł z wyprawy nowy bagaż doświadczeń, ciekawe i niezapomniane przeżycia, które z pewnością pozostaną z nami na długo. Rejs po Bałtyku okazał się wydarzeniem zapewniającym zdecydowanie intensywniejsze przeżycia niż wcześniejsze wyprawy na Mazury. Wymagał od uczestników znacznie większego zaangażowania i poświęcenia, odpłacił natomiast niesamowitymi przeżyciami i zdobytym doświadczeniem w żegludze.
Grupa Solo, razem z partnerami – firmami Wiśniowski, Porta, Salamander, Glassolution oraz Aliplast – serdecznie dziękują wszystkim uczestnikom oraz osobom zaangażowanym w organizację rejsu za wytrwałość i konsekwencję w realizacji zadania. Z pewnością to nie ostatnia wspólna impreza po żaglami. Ahoj, żeglarze…





